Fundacja Dzieci Które Kochacie ARCHON+
Darowizna na rzecz Fundacji
Pokochać cudze dzieci

Rodzina z Torunia Przyjęła dziewiątkę wychowanków z domu dziecka

"Jestem bardzo szczęśliwa, dzięki temu,  że tu trafiłam, zrozumiałam wiele rzeczy, a jedna z tych rzeczy to to,  że są osoby na świecie, które mnie kochają" - napisała 14-letnia Sandra w kronice rodzinnego domu dziecka, który od lipca 2005 roku prowadzą w Toruniu Krzysztof i Helena Rzewuscy. Przy ul. Żytniej wychowują łacznie dwanaścioro dzieci, w tym troje własnych.

Zaczęło sie od Kacperka

Gdy przyjeżdżam na ,Żytnią, dzieci właśnie zasiadają do kolacji. Długi stół, wokół niego kilkanaście krzeseł. Przed jedzeniem krótka modlitwa, pózniej trudno cokolwiek powiedzieć - taki jest gwar. Po kolacji pan Krzysztof gra na gitarze, a każde z dzieci chce pokazac mi własny album ze zdjęciami: z wycieczki do ogrodu zoobotanicznego, kina, z ogniska czy kuligu.

Najmocniej z albumem przepycha sie najmłodszy, 5-letni Kacper, który z domu małego dziecka trafił tu, gdy miał zaledwie 11 miesiecy. - Kiedy w słuchawce telefonu usłyszeliśmy, że "jest taki Kacperek", zaraz do niego pojechaliśmy. Przez miesiac go odwiedzaliśmy, a gdy podczas rozstań coraz bardziej płakał i wieszał się na szyję, zabraliśmy go do siebie - opowiada Helena Rzewuska. Kiedy Kacperek miał dwa lata, w domu pojawił się szesnastolatek. - Nie zastanawialiśmy się nawet minuty, czy go przyjać, choć ludzie przestrzegali, że jest już ukształtowany i będzie z nim cieżko - mówi Krzysztof Rzewuski. Przyznaje, że chłopak był przyzwyczajony do dużej swobody, a na ,Żytniej obowiazują przecież zasady. - Na początku próbował się z nami trochę siłować, ale potem mu przeszło. Za to nigdy nas nie okłamał i nie oszukał - zapewnia. Teraz od kwietnia się usamodzielnia, ale z Rzewuskimi utrzymuje stały kontakt.

W lipcu zeszłego roku dołączyli: 12-letnia Karolina i jej 11-letni brat Karol, 14-letnia Sandra, 12-letnia Angelika z 9-letnim bratem Mateuszem, 11-letni Dawid i drugi 11-letni Dawid, dla odróżnienia nazywany w domu "Dawido". Wiele w zyciu przeszli, w szkole nie mieli dobrej opinii. Dzisiaj jest już inaczej.

Np. Sandra chciałaby leczyć zwierzęta. Przestała wagarować i zaczęła przykładać się do nauki, z historii będzie miała nawet piątkę. Dopiero w tym roku zobaczyła, jak spędza się świeta Bożego Narodzenia. - Byliśmy na pasterce, wujek czytał Biblię. Na stole było ponad dwadzieścia potraw - opowiada. Wcześniej takich świąt nie miała. Starszą siostrę, która jest już na swoim, odwiedza co dwa tygodnie, z rodzicami nie chce się spotykać.

11-letni Karol marzy, by zostać piłkarzem, a 11-letni Dawid gra w ping-ponga. - W szkole idzie mi teraz dobrze, tylko z polskiego będę miał trójke - zapewnia. Karolina, 12 lat: - Bardzo dobrze się tu czuje. Nigdy sie nie nudzę, dużo się uczę. Mam trochę pracy, bo dziewczyny najczęściej zmywają naczynia, a chłopcy grabią w ogrodzie.

Mimo wsparcia, jest skromnie

Niełatwo było stworzyć rodzinny dom dziecka przy ul. Żytniej w Toruniu. Na dodatek w prywatnej posesji. - Walczyliśmy jak lwy, bo takie domy powstają w obiektach samorządowych, a takich kilka lat temu wolnych nie było - opowiada Krzysztof Rzewuski. Wraz z żoną prowadził wtedy pogotowie rodzinne, a gdy rozstrzygnieto konkurs i Rada Miasta Torunia zgodziła się na ich upragniony, rodzinny dom dziecka, zaraz z miastem podpisali umowe o prace: pan Krzysztof został dyrektorem placówki, pani Helenka - starszą opiekunką.

Mają za sobą wiele kursów, w tym amerykanski PRIDE - Rodzina Zastępcza, Adopcja, na którym m.in. uczyli się, jak obserwować dziecko i jak z nim postępować. I testy psychologiczne, w których uczestniczyły także ich dzieci, bo i one musiały wyrazic zgodę na rodzinny dom dziecka.

Do Torunia przyjechali 19 lat temu. Mieli już dwoje swoich dzieci: dzis 22-letnia Joanna jest studentką trzeciego roku medycyny, zaś 20-letni Mateusz tegorocznym maturzystą, najlepszym uczniem Zespołu Szkół Mechanicznych, Elektrycznych i Elektronicznych w Toruniu, dwukrotnym stypendystą premiera RP, stypendystą prezydenta Torunia i tegorocznym finalistą ogólnopolskiego konkursu Ośmiu Wspaniałych. Jest jeszcze 7-letnia Halinka, której największym hobby jest taniec towarzyski. Widać, że jest bardzo zwiazana z dziećmi. - Gdy wybierze się na zakupy, dla każdego włoży coś do koszyka - przyznaje pani Helena.

Mimo wsparcia miasta, cała rodzina żyje skromnie. Na utrzymanie jednego dziecka otrzymuje miesiecznie 551 zł, dlatego też państwo Rzewuscy wzięli kredyt konsumpcyjny na trzy lata. A na rozbudowę domu - kredyt hipoteczny. Aby zaoszczedzić, sami malowali i urządzali pokoje: jest błękitny, zielony, miodowy. W każdym przytulna wykładzina, segmenty, łóżka, biurka, a w oknach firanki.

Nie kryją, że mają to też dzięki wyrozumiałości i pomocy innych ludzi: meble w sklepie z promocji, wykładziny na wydłużony okres płatności. - Pieniądze potrzebne są ciagle, bo dzieci trzeba wysłac na szkolną wycieczkę, a w wakacje na kolonie czy obóz. Nie moga przecież siedzieć w domu, bo i tak wiele już w swoim życiu straciły - ocenia ciagle uśmiechnieta pani Helena. Choć z pewną troską dodaje: - A gdy przyjdzie nowy rok szkolny, każdemu trzeba będzie kupić komplet ksiażek, w tym roku zestaw do szóstej klasy kosztował nas 600 zł.

Na Żytniej z dziewiątki dzieci pięcioro jest pod opieka psychiatrów, a dwoje uczy sie w szkole specjalnej i musi korzystać z turnusów rehabilitacyjnych. - Niektóre z nich niejedno widziały, np. alkohol, narkotyki, a nawet morderstwo - przyznaje Krzysztof Rzewuski. Jeden z chłopców nigdy wczesniej nie spał na łóżku, bo go nie miał. A gdy trafił do rodziny, przez jakis czas układał się do snu na podłodze. Inny chłopiec był aż w czterech rodzinach zastepczych. - Czasem przeżywamy jeszcze drobne kradzieże, choć trzeba przyznać, że ostatnio sporadycznie - podkreśla pan Krzysztof.

Wstaje szybciej niż słońce

Pracy dużo, dlatego też każdego dnia pani Helena Rzewuska wstaje szybciej niż słońce - o wpół do trzeciej rano. I zaraz idzie do kuchni, aby przygotować śniadanie: 7 litrów mleka na kakao i zupę mleczną - do niej kilogram płatków, bo dzieci je uwielbiają. Trzy bochenki chleba, stos wędlin, serów - także na kanapki do szkoły. Do nich owoce i słodycze. Obiera jeszcze ziemniaki na zupę i na drugie danie - obiad gotuje w 9- i 14-litrowym garnku. Włącza pranie, bo gdy dzieci wstaną o 7.00, czekają na nią już inne obowiązki: trzeba zaprowadzić je do szkoły lub do psychologa. Na zajęcia rehabilitacyjne. Potem zakupy za 500 - 700 i wiecej zł.]

Obiad około trzeciej po południu. Potem dzieci mają swoje zajęcia, np. karate lub jezyki obce - miejscowy ksiądz zorganizował bezpłatne kursy dla parafian, więc i one korzystaja. Pózniej odrabiają lekcje, przy których pomaga im, charytatywnie, wiele osób.

22-letnia Magdalena Gralak pochodzi z Chojnic. W Toruniu na UMK studiuje historię. Do domu państwa Rzewuskich przychodzi raz w tygodniu. To właśnie dzięki niej Sandra tak polubiła historię, że na koniec roku będzie miała piątkę. Magda jest bardzo konsekwentna i może dlatego dzieci jej słuchają. - Taka postawa daje efekty, gdy nie popuszczam, lepiej idzie nam nauka - ocenia studentka.

Przychodzi też Marta Przywara ze Stargardu Szczecińskiego, również studentka historii. W ciągu dnia spędza z dziecmi nawet cztery godziny. - Trzeba je ciagle motywować do nauki i poświecać wiele uwagi, bo tego wyraźnie potrzebują - uważa. Wcześniej opiekowała się wychowankami domu dziecka w swoim mieście.

W nauce pomaga też Mateusz - syn państwa Rzewuskich, Ewa - studentka Wydziału Sztuk Pięknych UMK, Joanna - z filologii polskiej, Justyna - z administracji i Kasia - germanistka oraz  dwie emerytowane nauczycielki: pani Irenka - matematyczka i pani Ania - rusycystka. Dopiero wraz z wieczorem nadchodzi czas zabaw i gier, cisza nocna zaczyna sie o godz. 22.00.

Starania nie idą na marne

Nie mają czasu dla siebie. - Nasze starania nie ida na marne. Ciagle poznajemy te dzieci, diagnozujemy i uczymy wszystkiego od podstaw - przyznaje Helena Rzewuska. Wraz z mężem stawia na wychowanie także poprzez pracę - generalne porzadki w domu są w każdą sobotę. Zadbane jest boisko do siatkówki i koszykówki.

Małżeństwo narzeka jedynie na zbyt dużą biurokrację, bo każdy krok, z każdym dzieckiem trzeba rozpisać na papierze, a na to już nie starcza czasu. - Często ludzie nas pytąja, po co nam cudze dzieci. Macie duży dom, mówią. Wynajmijcie go studentom, nie stracicie tyle nerwów i zdrowia. A my na to, że dopóki sił starczy i dopisze pogoda ducha, to będziemy tym dzieciom pomagać - zapewnia pani Helena.

Krzysztof Rzewuski: - To prawda, że czasami ręce nam opadają, ale to zaraz przechodzi. Widzimy, że te nasze dzieci właśnie teraz przeżywają swoje, czasem mocno spóznione, dziecinstwo, którego nie miały, i musimy to zrozumieć. Pracę z nimi traktujemy jak powołanie, ale i służbę. Może kiedyś na moim nagrobku nie będzie tylko, że się urodził i umarł. Może ktoś dopisze wiecej....

Czy można pokochać cudze dzieci? - Można i trzeba. My nie widzimy róznicy, one wszystkie są nasze - odpowiadają zgodnie.

GRAŻYNA RAKOWICZ-Grażyna Rakowicz

Osoby lub firmy, które zechciałyby wesprzec rodzinny dom dziecka przy ul. Żytniej w Toruniu, moga kontaktowac sie przez telefon nr: 056 654 54 72.

MIASTO DAJE ZIELONE ŚWIATŁO

W Toruniu są trzy rodzinne domy dziecka - To dużo jak na ponad 200-tysieczne miasto - ocenia Hanna Moczyńska, dyrektor Miejskiego Osrodka Pomocy Rodzinie w Toruniu. Zwolenniczka kreowania rodzinnych form opieki nad dzieckiem. - To jest kierunek, którym zaraziliśmy władze miasta, radnych, pedagogów i psychologów - dodaje dyrektor. Tworzenie rodzinnych domów dziecka zawarto w Strategii Rozwoju Miasta Torunia, na miejsce w nich czeka 156 wychowanków, w tym wiele rodzeństw. Nie wszystkie dzieci pochodzą z Torunia, wiele, bo ponad 60 proc., z okolicznych powiatów

                                                                       Źródło: http://www.rzeczpospolita.pl

 
drukuj